Rozważanie
"Miłość widzi się w oczach..."
"W Buenos Aires był kiedyś pewien słynny spowiednik ze zgromadzenia Najświętszego Sakramentu. Prawie wszyscy księża spowiadali się u niego. Kiedy Jan Paweł II był w Argentynie i poprosił w nuncjaturze o spowiednika, zawołano oczywiście jego. Dożył podeszłego wieku. Był prowincjałem swego zgromadzenia, profesorem, ale też zawsze spowiednikiem. Wciąż były do niego kolejki. Byłem wtedy wikariuszem generalnym. W poranek Wielkanocny przeczytałem fax od przełożonego wspólnoty: «Wczoraj przed samą Wigilią Paschalną zmarł ojciec Aristi, miał 94-96 lat? Pogrzeb odbędzie się tego i tego dnia». Jak to miałem w zwyczaju tego dnia miałem pojechać na obiad do domu księży emerytów. Pomyślałem, że potem pójdę do kościoła. Była to wspaniała świątynia z piękną kryptą. Zszedłem na dół, gdzie leżał w trumnie. Modliły się tam tylko dwie staruszki, ale nie było żadnych kwiatów. Pomyślałem: «ten człowiek przebaczał grzechy wszystkich księży Buenos Aires, także mnie, i nikt nie przyniósł kwiatów». Poszedłem kupić róże, zacząłem układać je przy trumnie i wówczas mój wzrok padł na różaniec, który miał w ręku. I pozwoliłem sobie, trochę jak złodziej, oderwać krzyżyk od jego różańca. Spojrzałem na niego i powiedziałem: «Daj mi połowę twojego miłosierdzia». Ten krzyżyk włożyłem do kieszeni. Jednak koszule papieskie nie mają kieszeni, dlatego też noszę na piersi mały płócienny woreczek, a w nim ten krzyżyk. Do dziś noszę go przy sobie. A kiedy chcę pomyśleć o kimś coś złego, dotykam ręką tego krzyżyka i czuję łaskę, która mi pomaga. Jak dobry jest przykład kapłana miłosiernego, zbliża się do ludzkich ran”.
Konferencja
Miłość widzi się w oczach - ks. Andrzej Wiecki
Wywiad
z ks. Mariuszem Parusińskim